O krok od tragedii. Dom działaczy społecznych obrzucony koknajlami mołotowa
Dziś w nocy przekroczono kolejną granicę. Słowa nienawiści, sączone od miesięcy przez środowiska mieniące się „demokratycznymi” i „europejskimi”, zamieniły się w czyny. Dom Beaty i Roberta Fijałkowskich został zaatakowany koktajlami Mołotowa. To nie był wybryk chuligański – to był polityczny akt terroru wymierzony w patriotów - napisał Robert Bąkiewicz.
Beata i Robert Fijałkowscy są znani z działalności w patriotycznych organizacjach.
Beata i Robert Fijałkowscy są winni tylko jednego – kochają Polskę i nie boją się o tym głośno mówić. Są aktywnymi działaczami Ruchu Obrony Granic, wspierają inicjatywy Roberta Bąkiewicza oraz Telewizję Republika - czytamy na profilu Roberta Bąkiewicza na Facebooku.
Zdaniem lidera Ruchu Obrony Granic, "sprawcy doskonale wiedzieli, co robią i kogo atakują".
Dom Fijałkowskich to leśniczówka, oddalona o 3,5 kilometra od najbliższych zabudowań. Napastnicy zakradli się pod osłoną nocy, by rzucić w budynek mieszkalny dwoma przedmiotami zapalającymi - podkreślił.
Było o krok od tragedii.
Jeden z koktajli Mołotowa wywołał pożar na tarasie, drugi roztrzaskał się o okno. Tylko błyskawiczna reakcja Roberta Fijałkowskiego, który wybudzony hukiem ugasił ogień, zapobiegła tragedii na niewyobrażalną skalę. Na posesji, oprócz gospodarza, znajdowały się liczne zwierzęta – konie, krowy, psy i koty. Ci „bojownicy o wolność” byli gotowi spalić je żywcem - zauważył Robert Bąkiewicz.
Źródło: Facebook