Michalkiewicz: Chrześcijańscy syjoniści
Ponieważ nasz nieszczęśliwy kraj prowadzenie nie tylko polityki zagranicznej, ale i wszelkiej innej, ma surowo zabronione od Naszych Sojuszników – Większego i Mniejszych, siłą rzeczy skupia się na tak zwanych “potępieńczych swarach – o których wspominał Adam Mickiewicz.
Potępieniec – a więc już poza życiem – kompensuje sobie totalną niemoc aktywnością zastępczą – właśnie w postaci “potępieńczych swarów”, a więc swarów, z których nic nie wynika, bo wyniknąć już nie może. Mickiewicz wiedział, co mówi, bo popatrzmy – Wielka Emigracja też nie mogła uprawiać żadnej polityki, kontentując się w najlepszym razie funkcją kibica polityki europejskiej. To oczywiście nie odpowiadało żywym temperamentom emigrantów, którzy w tej sytuacji kierowali swoją energię na potępieńcze swary: “plwają na siebie i żrą jedni drugich” - wyjaśnia Wieszcz. Teraz jest tak samo. O losie naszego nieszczęśliwego kraju decydują Nasi Sojusznicy – jak nie jedni, to drudzy – a nawet gorzej – bo wśród tych decydentów jest również Ukraina, która nie tylko postępuje z nami według swego uznania, ale coraz natarczywiej egzekwuje swoje uroszczenia do kierowania naszym nieszczęśliwym krajem i wyznaczania mu ogólnych ram aktywności. Z oczywistych względów na razie nam jeszcze nie grozi, ale to tylko kwestia czasu, bo jak ukraińska diaspora w Polsce dostanie od tamtejszych władz zadania polityczne, to przyjdzie czas i na groźby, a nawet i coś gorszego.
Jednym z praw dialektyki marksistowskiej była opinia, że zmiany ilościowe przechodzą w zmiany jakościowe. Z podobnym zjawiskiem mamy właśnie do czynienia u nas, kiedy to potępieńcze swary wzniosły się na taki poziom, że już nikt nie potrafi powiedzieć, o co w nich chodzi, a w związku z tym podziały zaczynają nabierać charakteru quasi-religijnego. Sprzyja temu przyjęcie przez środowiska pretendujące do przywództwa moralnego w Polsce zadań na odcinku podporządkowania naszego mniej wartościowego narodu tubylczego celom państwa położonego tam, gdzie chce – no i wiadomej diaspory. Pod koniec ubiegłego roku gabinet obywatela Tuska Donalda podjął uchwałę o zwalczaniu antysemityzmu i wspieraniu życia żydowskiego – a niedawno, to znaczy – przed Świętami Wielkanocnymi – ta uchwała została wsparta również na odcinku eschatologicznym za pomocą Listu Pasterskiego, wystosowanego do parafian z inicjatywy Jego Eminencji Grzegorza kardynała Rysia. O ile uchwała Rady Ministrów ma dyscyplinować nasz mniej wartościowy naród tubylczy na odcinku – nazwijmy to – doczesnym, to List – na odcinku eschatologicznym. W ten sposób system sprzyjający zoperowaniu naszego mniej wartościowego narodu tubylczego przez Żydów na podstawie amerykańskiej ustawy nr 447, został szczelnie domknięty tak, żeby operacja egzekwowania “roszczeń” dotyczących “własności bezdziedzicznej” mogła zostać przeprowadzona w cmentarnej ciszy.
To oczywiście nie jest dobra wiadomość, ale na pociechę – o ile nieszczęścia bliźnich mogą ulżyć nam w cierpieniach – możemy powiedzieć, że “paraliż postęp9owy najzacniejsze trafia głowy” – w tym również – głowy Naszych Największych Sojuszników, prostujących w swoim mniemaniu ścieżki wiodące ku pokojowi światowemu. Właśnie 9 kwietnia obejrzałem sobie audycję telewizji Polsat pod tytułem “Dzień na świecie”, w ramach której pan red. Jan Mikruta rozmawiał z jakąś amerykańską damą na temat “chrześcijańskiego nacjonalizmu” w Ameryce. Kiedyś Ameryka słynęła z wolności słowa i jedna z poprawek tamtejszej Konstytucji podobno nawet ją gwarantuje – ale podczas któregoś pobytu w Nowym Jorku na własne uszy usłyszałem komunikat wygłoszony przez telewizyjną spikerkę, która powiedziała, iż “słowo na “n” właśnie zostało zakazane. Chodziło oczywiście o słowo “nigger”, czyli “czarnuch”. W praktyce ten zakaz dotyczy obywateli białych, bo ciemnoskórzy żadnymi zakazami się nie przejmują. Z czymś podobnym zetknąłem się w tym programie – bo zarówno dama, jak i pan red. Mikruta, starannie unikali prawidłowego określenia związku wyznaniowego, który w Ameryce robi konkietę, w znacznym stopniu wpływając na politykę zagraniczną tego mocarstwa. Chodzi oczywiście o protestancką sektę tak zwanych “chrześcijańskich syjonistów” - ale zarówno wspomniana dama, jak i pan red. Mikruta z uporem nazywali go “chrześcijańskimi nacjonalistami”, unikając sprecyzowania, o jaki nacjonalizm tu chodzi. Wiadomo, że w domu wisielca nie powinno się perorować o sznurze – i tą zasadą savoir-vivre`u tłumaczę sobie tę powściągliwość uczestników programu “Dzień na świecie” w telewizji “Polsat”.
Ponieważ w Polsce jeszcze nie ma ustawy, która zakazywałaby używania słowa na “s”, to wyjaśnijmy, na czym właściwie polega “chrześcijański syjonizm”. Jak wiadomo, chrześcijanie oczekują powtórnego przyjścia Chrystusa, kiedy to na świecie ma zapanować Królestwo Niebieskie. Chrześcijańscy syjoniści dopuścili sobie jednak do głowy, że Chrystus nie zstąpi na Ziemię wcześniej, aż bezcenny Izrael uzyska status światowego hegemona politycznego. Ma to nawet pozory racjonalności, bo pomyślmy sami: gdzie panuje największy spokój? Oczywiście na cmentarzu, zwłaszcza gdy żywi nie zakłócają już nieboszczykom spokoju. Obserwując poczynania bezcennego Izraela w Strefie Gazy oraz w Libanie i na Zachodnim Brzegu widzimy, że zmierzają one we właściwą stronę. Ale nie tylko ten pozór racjonalności daje się tu zauważyć. Z uwagi na ogromny wpływ AIPAC, czyli American Israel Public Affairs Commitsee – organizacji lobbingowej Żydów amerykańskich, która wywiera przemożny wpływ na politykę wewnętrzną i zagraniczną Stanów Zjednoczonych – czy to z przekonania, czy też z oportunizmu – do “chrześcijańskich syjonistów” garną się jeden przez drugiego tamtejsi twardziele – ambicjonerzy polityczni – bo wiedzą, że bez poparcia AIPAC o żadnej karierze politycznej nie ma co marzyć. Toteż wieść gminna głosi, że wyznawcą “chrześcijańskiego syjonizmu” był prezydent Jerzy Bush młodszy – bo starszemu, jako byłemu szefowi amerykańskiej razwiedki AIPAC chyba nie był potrzebny do uzyskania prezydentury – a obecnie gorliwym wyznawcą tej sekty jest szef Pentagonu, Piotr Hegseth. Jak to wygląda w przypadku prezydenta Donalda Trumpa – tego nie wiem – ale biorąc pod uwagę jego skłonność do częstej zmiany zdania, podejrzewam, że wierzy we wszystko, w co tam akurat trzeba. Nadaje to obecnej wojnie Ameryki z Iranem znamiona wojny religijnej, co obruszyło papieża Leona XIV do tego stopnia, że odwołał zapowiadaną wcześniej podróż do Ameryki. Ale “chrześcijański syjonizm” nie musi ograniczać się tylko do Stanów Zjednoczonych, więc bez specjalnego zaskoczenia pewne elementy – podkreślam – elementy “chrześcijańskiego syjonizmu” znajdujemy również w “Liście Pasterskim” Episkopatu. Oczywiście – wedle stawu grobla; więc o ile amerykańscy “chrześcijańscy syjoniści” działają z globalnym rozmachem, organizując w imieniu Izraela“krucjaty” - o tyle nasze Ekscelencje, które – podobnie, jak Umiłowani Przywódcy szersze inicjatywy politycznej mają surowo zakazane - koncentrują się raczej na zadaniach serwilistycznych.
Stanisław Michalkiewicz