Żołnierz na granicy, zarzuty w prokuraturze. Państwo pomyliło role
Listopad 2023 roku, Puszcza Białowieska. Żołnierz Wojska Polskiego zostaje wezwany do wsparcia Straży Granicznej przy zatrzymaniu grupy migrantów, którzy nielegalnie przekroczyli granicę państwową. Padają wezwania do zatrzymania się — po polsku i po angielsku. Migranci uciekają. Rozpoczyna się pościg w trudnym, leśnym terenie.
Podporucznik Wojska Polskiego oddaje strzał ostrzegawczy, działając zgodnie z procedurami. Chwilę później potyka się. Broń wypala. Dochodzi do nieszczęśliwego wypadku. Ranny zostaje obywatel Syrii. Biegli potwierdzają później, że broń mogła mieć wady konstrukcyjne, a strzał był niezamierzony.
I w tym miejscu pojawia się pytanie kluczowe: dlaczego żołnierz, wykonujący zadanie w obronie granicy państwa, usłyszał zarzuty karne?
To nie był cywil. To nie była prywatna interwencja. To był żołnierz na służbie, działający na polecenie państwa, w warunkach realnego kryzysu granicznego. Mimo to zamiast wsparcia — otrzymał akt oskarżenia.
Jeszcze bardziej symboliczne jest to, że migrant, który nielegalnie przekroczył granicę, otrzymał w Polsce ochronę i dziś domaga się odszkodowania bezpośrednio od żołnierza. Od człowieka, który nie działał z premedytacją i nie naruszył procedur.
Ta sprawa pokazuje niebezpieczny kierunek myślenia: państwo szybciej rozlicza własnego żołnierza, niż bierze odpowiedzialność za warunki, w jakich każe mu służyć. A to sygnał, którego żadna armia — i żadne państwo — nie powinny wysyłać. Bo jeśli w sytuacji kryzysowej państwo najpierw sięga po kodeks karny wobec własnego żołnierza , a dopiero potem po zdrowy rozsądek, to nie problemem staje się jednostka na granicy- lecz system, który tę granicę powinien chronić.